Dzień jedenasty

Zanim pojechaliśmy do USA, komiks o nas już tam był.
A tak wygląda metro.
Drugi raz nie udało nam się wejść do New Museum. Do trzech razy sztuka.
Witamy w China Town po raz drugi. Dziś jemy.
Szary dzień i kolorowe reklamy.
W USA restauracje oznaczone są literkami od A do D. A - najlepsza (awsome), D - prawdopodobnie nie przeżyjesz...


Pierożki wonton...Łapiesz szczypczykami...
Nakładasz na łyżkę z sosem sojowym i imbirem. I jesz.
Smażone pierożki z mięsem, równie pyszne.
Danie drugie. Wołowina z brokułami.
Hmm...Ciut za słodki sos, ale ogólnie pyszna.
Makaron prawie jak domowy z krewetkami i paseczkami kurczaka.


Jeden z licznych pachnących, kuszących sklepów. Nie stać nas...
Park w China Town.
Ostry hazard.
Ogólnie wszyscy tam w coś grają. 
Lub muzykują...

Zupka na koniec. Porcja tak duża, że zabraliśmy do domu.

Jak obiecywaliśmy piwo Iron Maiden i koledzy. Do posłuchania utwór "Troper".
Gwiazda wieczoru nie zawiodła. Orzeźwiający smak, wyczuwalne nuty słodowe, reszta akcentów
zależy od doświadczeń. Nam faktycznie zagrały nuty ziołowo - chlebowe.
Ze względu na etykiety, jak również nietypowe wielowarstwowe smaki
polecamy piwa z serii Saison Ale.
A to na później.